Przejdź do głównej zawartości

"Chcesz zmieniać świat..."

Równocześnie z koncertami, wszedł aktywizm.
Próby mniej lub bardziej udolnych działań głównie prozwierzęcych.
Wegetarianizm,a później weganizm.
Wolontariat w schronisku,który zaczęłam jeszcze w gimnazjum już nie starczał.
Chociaż w schronisku spędzałam praktycznie każdy weekend,czasem jeżdziłam też po lekcjach,gdy miałam krócej zajęcia.
Wraz z Edytą parę lat targałyśmy wszelkie bannery na demonstracje czy pikiety.
Były też zjazdy animalistyczne,dwie prawie rozbierane akcje.
Na maxa się wkreciłam, poznałam tylu ludzi.
Myślałam,że mogę zmienić ten świat,ale też chciałam się czuc potrzebna.
Z resztą misja życiowa "być potrzebną" została mi do dziś i to ona paradoksalnie zaprowadziła mnie w końcu do depresji.
Bo nie dawałam rady, miałam poczucie porażki,a także z biegiem lat,wszyscy już wszystko robili milion razy lepiej ode mnie i nie czułam się potrzebna.
Nikomu. Do pracy,do akcji,do czegokolwiek.
Pojawiła się frustracja,która podobnie jak przemożna potrzeba "bycia potrzebnym" trzyma sie do dziś.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bez pracy nie ma kołaczy.

(tu wstaw jakiś inspirujący cytat o pracy.... O ten się nada! Jak to było? "Robiąc co lubisz,nie przepracujesz ani jednego dnia" ? Coś w tym klimacie lub coś podobnego!) Otóż, pracę zaczęłam dość późno. Skutecznie znalezienie pracy wcześniej utrudniał mi plan zajęć studiów rozpierdolony na całe dni z co najmniej 2 godzinnymi okienkami.  Ale w końcu jakoś się udało! Wykładanie towaru, produkcje z drącymi na ciebie ryja babami,które pracowały tam po naście lat, nawet obiłam się o coś a la telemarketing ( i usłyszałam,że się nie nadaje,bo jestem za miła.. Uprzedzając pytania- już mi przeszło. Życie.), sprzątanie. Ogromnym przerażeniem napawała mnie myśl,że mogłabym tam utknąć na zawsze,więc szukałam czegoś lepszego. Nie było łatwo,biorąc pod uwagę moje zerowe doświadczenie w pracach biurowych i wymagania z kosmosu ( minimum 2 lata doświadczenia, status studenta,orzeczenie o niepełnosprawności i to wszystko przyprawiane nieraz umową o dzieło lub w lepszym przypadku zleceni...

Na imię miała Agnieszka

A raczej ma ;) Z Agnieszką jak już wspomniałam, poznałam się w przedszkolu. Później była ta sama podstawówka,gimnazjum i ku niepocieszeniu nauczycieli i pedagoga szkolnego z dotychczasowych ówczesnych szkół, także to samo liceum. Liceum uważam za najbardziej udany do tej pory okres w życiu. Ubrane często na czarno, często w poszarpane rzeczy chodziłyśmy na koncerty praktycznie co tydzień. Punk, hardcore i odrobina metalu. I to własnie w rytmie tych dźwięków upływało mi liceum.   W tych dźwiękach i platonicznej miłości do uwaga! a jakże tego samego chłopaka co Agnieszka. Wysokiego,długowłosego,chudego blondyna w bluzie z Iron Maiden,który grał w zespole za którym zdarzało się nam jeździć jak na psychofanki przystało.   Niczym się wtedy nie przejmowałam, zakładając,że później to w życiu jakoś będzie: normalna praca,dom rodzina. A tu figa z makiem. Nadal. Nic. Nic o ograch.

Podobno najlepszy czas w życiu.

Studia to podobno najlepszy czas w życiu. Podobno. Może wtedy, gdy wie, co się chce robić w życiu. Ja nie wiedziałam. Wiedziałam tylko,że na studia muszę iść.  Żeby być magistrem,pójść do korpo,wziąć kredyt na mieszkanie i mieć rodzinę. A  że lubiłam zawsze pomagać, na weterynarię i medycynę nie miałam szans,wybrałam najpierw pielęgniarstwo. Później jednak mając przed oczami wizje ludzi,którzy na mnie wrzeszczą i  mają pretensje, że coś zrobiłam nie tak, zrezygnowałam. Później była filologia. Bałkańska. Każdy z kim rozmawiałam i słyszał  jaka to filologia zawsze reagował " O super,oryginalnie!" I choć pewnie to było z grzeczności pomieszanej ze zdumieniem miałam ochotę odpowiedzieć " Oryginalnie i co z tego?" Nie skończyłam magisterki ze względu na mój lęk przed promotorem, a może i przez to, że uświadomił mi,że moja praca się do niczego nie nadawała. To odpuściłam. Zawsze odpuszczałam. Z resztą ludzie w dzisiejszych czasach tacy są, niby stoi nad Tobą couch w ga...